• Strona główna
  • Duchowość
    • Historia
    • Założyciele
    • Siostry Męczenniczki
    • Świadectwa
    • Prezentacje
  • Formacja
    • Kandydatura i postulat
    • Nowicjat
    • Juniorat
    • Formacja permanentna
  • Apostolaty
    • Wychowanie i nauczanie
    • Opieka nad chorymi
    • Pomoc w pracy duszpasterskiej
    • Praca w domach rekolekcyjnych
    • Apostolat modlitwy i cierpienia
    • Misje i praca zagraniczna
    • Prowadzenie domu rekolekcyjno-wczasowego
    • Dom dla pielgrzymów
    • Praca w kuchni
  • Referat powołań
    • Działalność referatu
    • Wspomnienia
  • Wspólnoty
    • Dom prowincjalny Goczałkowice-Zdrój
    • Bagno
    • Bielsko-Biała
    • Częstochowa
    • Gaszowice
    • Katowice
    • Kraków
    • Międzywodzie
    • Olsztyn
    • Łódź
    • Warszawa
    • Zawoja
    • Żywiec
    • Medenice - Ukraina
Siostry Salwatorianki
ul. Uzdrowiskowa 38
43-230 Goczałkowice-Zdrój
e-mail: siostry@sds.pl

Dusza miłująca Boga
idzie zawsze prostą drogą
bł. Maria od Apostołów

Świadectwa


Świadectwo s. Barbary Szczygieł

Jednego tylko pragnę – być kobietą po Jego myśli!

Bóg stworzył każdego z nas z miłości – nie z przypadku. Dlatego chce dla każdego z nas wszystkiego, co najlepsze, chce, aby każdy z nas był szczęśliwy w swoim życiu. Dlatego dla każdego z nas wytyczył pewną misję, pewne zadanie, które każdy człowiek musi spełnić, aby być szczęśliwym. Tę misję określił specjalnym powołaniem. Każdy je ma i naszym zadaniem jest je odkryć, przyjąć i z miłością realizować. Powołanie ma różne oblicza, tym, którym mnie obdarzył jest powołanie do życia zakonnego. Jak je odkryłam? Odkryć było bardzo prosto, trudniej było przyjąć i myślę, że tak jest najczęściej –w głębi serca wiemy, do czego Bóg nas wzywa, trudniej nam przyjąć tę „narzuconą” wolę. I tak było ze mną. Powołanie do życia zakonnego czułam od bardzo dawna, od najmłodszych lat. Nie wiem czy to, dlatego że moja ciocia też była zakonnicą (salwatorianką), że w mojej rodzinie jest trochę tych powołań zakonnych i kapłańskich i ciągle miałam styczność z takimi osobami a może po prostu, dlatego, że Jezus tak mnie ukochał, że zapragnął mieć dla siebie. Jednak ja chciałam iść zupełnie innymi drogami tzn. swoimi drogami. Od zawsze pasjonował mnie sport, dużo trenowałam i w to wkładałam całe swoje serce. Z tym też wiązałam swoją przyszłość i nie dopuszczałam żadnych innych myśli. Miałam mnóstwo planów i realizowałam je konsekwentnie. A Bóg ciągle czekał. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej, uczęszczałam do Prywatnego Liceum Ekonomicznego, wciąż trenowałam, głównie lekkoatletykę. Głos Boży o życiu zakonnym wciąż nie ustawał, a zaczął szczerze mówiąc męczyć. Zwłaszcza, że kiedy zaczęłam chodzić do liceum, na mojej drodze pojawiały się osoby duchowne zwłaszcza księża, którzy wręcz porywali swoim życiem duchowym –to byli prawdziwi pasjonaci Jezusa. Ja byłam nimi zachwycona i to prowadziło do tego, że zaczęłam się zastanawiać. W drugiej klasie liceum, za namową mojej cioci- Salwatorianki, zdecydowałam się pojechać na rekolekcje do Goczałkowic - Zdroju. Pojechałam tam właśnie z myślą: ”Boże, jeśli chcesz mnie w zakonie to daj mi jakiś znak, żebym poczuła w końcu pewność, że to ma być to. Jeśli nie to daj mi spokój”. Pojechałam, rekolekcje przeżyłam tak w ostrożny sposób i odpowiedzi na swoje pytanie nie dostałam. Wróciłam, więc do domu i dalej prowadziłam swoje życie, jak do tej pory – głos Boży odstawiłam na bok. Na rekolekcjach byłam jeszcze dwukrotnie. Prawdziwym przełomem był czas, kiedy po zdanej maturze, przyszła chwila na studia. Zaczęły się egzaminy wstępne – startowałam do szkoły oczywiście sportowej, dzięki której mogłam się potem dostać na AWF w Krakowie, a stamtąd droga na szeroki świat sportu stawała otworem. I wtedy nastąpił dramat: z powodu pechowej kontuzji musiałam zrezygnować. To było dla mnie nie do przyjęcia i nie potrafię opisać tego, co się wtedy ze mną działo. Zawalił się cały świat, dotychczasowe plany legły w gruzach. Wybrałam inny kierunek studiów. Po jakimś czasie znów powróciły myśli o zakonie –skoro nie chce mnie w sporcie to może jednak w tym zakonie. Zaczęłam bardziej udzielać się w parafii, głównie były to spotkania z Kręgiem Misyjnym, który powstał w tym czasie. Bardzo się związałam z tą grupą –byłam z nimi przez 5 lat. Po ukończonych studiach (licencjat z ekonomii) pojawiła się znowu możliwość wyjazdu na rekolekcje do Salwatorianek. Postanowiłam pojechać, szczerze mówiąc żeby odpocząć, rozładować się –ostatni semestr był ciężki, obrona pracy też, więc należy mi się odpoczynek a rekolekcje w Goczałkowicach były dla mnie zawsze, fajnym przeżyciem. Nie stawiałam Bogu pytań jak za pierwszym razem. Bawiłam się świetnie nie tylko dzięki nowym znajomościom, ale przede wszystkim dzięki temu, że czułam się blisko Boga. I stało się. Dostałam odpowiedź na pytanie, które zadałam na pierwszych rekolekcjach. To trudno opisać –człowiek ma niesamowitą świadomość tego, że pragnie żyć tak jak Bóg chce, już nie szarpałam się z Nim jak to często miało miejsce. Powiedziałam sobie: „Boże, ja nie chce stąd wyjeżdżać” i szczerze mogę powiedzieć, że było to czyste pragnienie serca, które trwa do dziś, które nie ustało po paru dniach, że to nie był słomiany zapał i jakaś tam zachcianka. To była świadoma odpowiedź na Boży głos. To był Jego znak dla mnie, poczułam to w swojej duszy, sercu, umyśle, ciele, w mojej woli, wszędzie! I z tą radością pojechałam do domu. Postanowiłam wrócić tu za rok już z dokumentami w ręce. Jednak to nie było takie proste. Pragnienie serca było, lecz trzeba było jeszcze poinformować o tym parę osób zwłaszcza moich rodziców a to napawało mnie trochę lękiem i wstydem. Kiedy w końcu im o tym powiedziałam, czekał mnie trudny czas. Nie byli zachwyceni, mieli nadzieję, że nigdy tego ode mnie nie usłyszą. Przez pierwszy tydzień tato nie odzywał się do mnie a mama płakała i błagała żebym to jeszcze przemyślała. Ja jednak byłam stanowcza, choć okropnie mnie bolało to, że tak ich ranie. We wszystkim pomógł Bóg. Przez ten tydzień nie było ani jednej nocy przeze mnie dobrze przespanej i nieprzepłakanej. Było naprawdę ciężko, ale udało mi się przetrzymać te chwile –te wytrwałość i upór mam od Boga, więc to Jego zasługa, że się nie poddałam. Zresztą pragnienie serca, które mi dał było silniejsze. Doszło wszystko do normy, ale za namową rodziców zostałam jeszcze rok w domu. Bóg bardzo długo czekał na mnie, teraz sam kazał mi czekać. Modliłam się tylko żebym przez ten czas nie utraciła tego daru powołania. Ten rok, który na początku wydawał mi się przekleństwem i czasem niesamowicie długim, był dla mnie prawdziwym błogosławieństwem mianowicie: bardzo zbliżyłam się do mojej rodziny, niesamowicie związałam się z parafią i jeszcze jedno – zdążyłam się zakochać. To była dla mnie kolejna ciężka próba, z której też wyszłam przy pomocy Bożej. Wiele dowiedziałam się o sobie i wiele się nauczyłam, za co Bogu z całego serca dziękuję. Dziś widzę jak Bóg błogosławi wszystkim tym, których musiałam w pewnym sensie zostawić –moim rodzicom, chłopakowi, przyjaciołom –są to osoby, które nadal kocham i które zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Jednak Jego pragnienie jest silniejsze od wszystkiego. Codziennie dostrzegam Jego znaki, potrafię je coraz lepiej odczytać, widzę Jego pomocną dłoń i tylko Jemu się powierzam. Patrząc z perspektywy czasu na moją drogę powołania widzę, że tylko Jemu mogę ufać i pełniąc tylko Jego wolę –choćby nie wiem jak bardzo było to wbrew mojemu „widzi mi się” – będę szczęśliwa! Codziennie się uczę i rozwijam, upadam i powstaję – dzięki temu wzrastam. Jednego tylko pragnę –być kobietą po Jego myśli!

z darem modlitwy now. Basia Szczygieł SDS
„…wybrałem sobie tego człowieka za narzędzie.
On zaniesie Imię Moje do pogan i królów i do synów Izraela.
I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla Mego Imienia”
(Dz 9 15-16)
Świadectwo s. Czesławy

Życie zakonne jest piękne, daje radość i pokój serca...
Zdecydowałam się dać skromne świadectwo mojego życia zakonnego, nie dlatego, by ono było u mnie nadzwyczajne, przykładne czy pociągające. Jest jak każdego człowieka naznaczone piętnem pierworodnej winy. Może jednak być pomocne tym, w których tkwi iskra powołania, lecz nie mają odwagi rozwinąć jej w sobie i rozpalić, aż do żaru miłości. Może wątpią czy naprawdę Pan Bóg ich właśnie woła, może w poczuciu słabości lub niegodności nie potrafią się zdobyć na ten krok pójścia za Chrystusem Panem. Chcę zachęcić, by z radością i wdzięcznością przyjęli wielki dar powołania, wołając do Pana: „Pociągnij mnie za sobą… wprowadź mnie królu w twe komnaty”(Pnp 1,4) Pochodzę z małej wioski, niegdyś województwo krakowskie. W rodzinie było nas 9 dzieci. Zarówno w rodzinie, jak i w całej parafii wielkim autorytetem i szacunkiem cieszył się kapłan. Spotykając kapłana, nie tylko dzieci, ale i młodzież oraz dorośli, pozdrawialiśmy: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Całując równocześnie jego kapłańską dłoń. W domu nie wolno było powiedzieć cokolwiek ujemnego o kapłanie. Mamusia zaraz zwracała uwagę, że kto źle mówi o kapłanach, bez kapłana będzie umierał. Tak na marginesie nadmienię, że Pan łaskawie wejrzał na moją rodzinę, bo ze strony tatusia, czterech powołał do kapłaństwa. Brat tatusia był proboszczem pod Zakopanem. Syn kuzyna jest franciszkaninem, a dwóch braci od kuzynkisą na IV roku w seminarium- jeden w seminarium diecezjalnym drugi w zakonnym. Jesteśmy Bogu za to bardzo wdzięczni, cała rodzina. Do zgromadzenia SDS wstąpiłam 9 kwietnia 1953 roku w Goczałkowicach. Ponieważ podczas okupacji niemieckiej (1939-45) do szkoły chodziły tylko te dzieci, których rodzice podpisali volkslistę, dlatego moja podstawowa edukacja skończyła się na trzeciej klasie. Dopiero po skończonej wojnie prywatnie nadrabiałam pięcioletnie braki. W 1946r. rozpoczęłam szkołę średnią L.O.Według ówczesnego nauczania do matury chodziło się 6 lat. Po 4 latach nauki była tzw. mała matura, a po 2 następnych duża matura. Po maturze(dużej) poszłam do pracy, by sobie zapracować na wyprawkę do klasztoru. A lista była dość długa, co należy ze sobą przywieść. O życiu zakonnym myślałam w ogólniaku, nie miałam jednak konkretnych planów, do którego zgromadzenia wstąpię. W międzyczasie z mojej parafii poszły do klasztoru 4 dziewczyny. Jedna z nich do ścisłego- do ss. Klarysek. Każde spotkanie siostry czy to na ulicy czy w pociągu dopingowało mnie by możliwie szybko wstąpić. Nikomu się nie zwierzałam, co zamierzam zrobić, by mi nie utrudniano lub odradzano. Wiedział tylko mój spowiednik, który może próbując, polecił mi poczekać trochę, bo sytuacja Kościoła stawała się coraz trudniejsza. W tym czasie z koleżanką z pracy pojechałyśmy na rekolekcje zamknięte do księży SDS w Trzebini. Rekolekcje te utwierdziły mnie w powołaniu. Nadarzyła się sposobność, bo w tych dniach przyjechała do sióstr SDS, które pracowały w domu rekolekcyjnym ich przełożona prowincjalna. Przedstawiłam jej swoją prośbę o przyjęcie. Poleciła mi przyjechać do Goczałkowic. Pamiętam, że jechałam z pewnym lękiem, bo nigdy dotąd nie przekroczyłam progu domu zakonnego. Po dłuższej rozmowie otrzymałam przyjęcie oraz odpowiednie formularze. Ale trochę jeszcze popracowałam, przygotowując wyprawę. Gdy złożyłam wypowiedzenie wypytywano mnie, dlaczego odchodzę, co będę robiła, ale do końca nikomu nie powiedziałam. Nawet rodzice nic nie wiedzieli, bo nie wiedziałam jak zareagują. Trudno mi było nawet o tym powiedzieć, bo wiedziałam, że rodzice liczą na nas najmłodsze, na moją bliźniaczą siostrę i na mnie, że będziemy dla nich podporą w starości. Starsze rodzeństwo, bowiem zaczęło zakładać swoje rodziny. Pamiętam jak dziś. Było to w drugie święto wielkanocne, do starszej siostry przyszedł chłopak. Atmosfera w domu świąteczna i radosna. Wykorzystałam moment, gdy rodzice byli sami w pokoju. Przedstawiłam im swoją decyzję, prosząc równocześnie o pisemną zgodę, która była wymagana. Nie zapomnę nigdy reakcji szczególnie kochanego tatusia. Rozpłakał się w głos, jak dziecko. W pierwszej chwili powiedział: „nie podpiszę!”. Mamusia przyjęła tę wiadomość bardziej spokojnie. Powiedziała tatusiowi: „podpisz, bo i tak na swoim postawi, bo od dłuższego czasu ją obserwuję, widzę jak skupuje rzeczy - pościel, obuwie itp. Idź do pokoju, zobacz- już jest spakowana, walizki stoją pod stołem”. Wtedy tatuś zmiękł, ale czułam, z jakim bólem kładzie swój podpis na formularzu. Żegnając się następnego dnia, wszyscy płakali. Do pociągu odprowadziła mnie moja przedobra mamusia. Pierwsze dni we wspólnocie zakonnej były wielką nowością. Obserwowałam wszystko wokół, każdy ruch i gest współsióstr. Myślę, że i siostry mnie obserwowały. Uroczyste obłóczyny poprzedziły 8- dniowe rekolekcje. Było to duże przeżycie dla nas nowicjuszek i dla naszych rodzin. Potem zaczęły się zwyczajne, szare dni. Centrum każdego dnia była dla nas Msza św. Z czasem zaczęły pojawiać się pierwsze próby. Uważam, że to Pan dopuszcza, by próbować naszą wierność. Tu chcę powiedzieć, że kto myślałby o życiu zakonnym bez krzyża, jest w błędzie, bo: „życie człowieka w jakimkolwiek stanie jest bojowaniem o Królestwo Boże”. A Pan ma prawo, kogo zechce wezwać na drogę krzyżową. Jestem pewna, że to dość często czyni dopuszczając różne doświadczenia. Przytoczę tu niektóre moje trudne przeżycia nowicjacie i po nowicjacie. Pierwszą taką jakby próbą w nowicjacie było to, że w tym czasie władze komunistyczne zaczęły wywozić siostry na Śląsku z ich domów, komasując z innych również Zgromadzeń w jednym miejscu m.in. w Staniątkach, Wieliczce. Moje współsiostry liczyły się również z tym, że pewnej nocy podjadą pod klasztor wozy milicyjne i wywiozą siostry w nieznane. Przełożona prowincjalna przedstawiła nam nowicjuszkom (było nas 4) trudną sytuację w kraju, powiedziała nam, że ponieważ nie mamy ślubów możemy wrócić do rodziny. Dopiero co przeżyłyśmy trud pożegnania i znów wracać? Wtedy jednogłośnie powiedziałyśmy, że nie wrócimy do domów rodzinnych. Jesteśmy gotowe dla Jezusa pójść z Siostrami gdziekolwiek je wywiozą. Do wywózki nie doszło dzięki Bogu i dzięki ks. Stefanowi kard. Wyszyńskiemu, Prymasowi Polski, który negocjował z władzami w tej sprawie. Prześladowanie Kościoła nasilało się coraz bardziej. Zwinięto małe seminaria, Kościelną Caritas, zabrano nieruchomości Kościołowi (kurialne i zakonne) przedszkola, szkoły, szpitale, usunięto krzyże z budynków publicznych, rozwiązano wszystkie organizacje kościelne jak Sodalicję Marjańską, KSM, Krucjatę Eucharystyczną dzieci itp. Zwolniono ze szpitali (z pracy) ze szkół siostry zakonne, usunięto religię ze szkół. Aby odciągnąć dzieci i młodzież od Kościoła, urządzano w święta kościelne jak np. w Boże Ciało atrakcyjne wycieczki, utrudniano katechezę na salkach przez ustawiczne zmienianie planów lekcyjnych dzieciom w szkole. Nakładano duże podatki na parafie, nie było wolno ubezpieczać sióstr katechetek. Szykanowano i zamykano księży, biskupów. Zamknięto ks. Prymasa kard. Wyszyńskiego, naszych biskupów katowickich. Rządcą diecezji ustanowili lojalnego wobec władz tzw. księdza patriotę. Usiłowano poróżnić księży biskupów oraz Episkopat itp. Innym doświadczeniem, które bardzo przeżyłam było odejście jednej nowicjuszki z powodu poważnej choroby. A była to moja dobra koleżanka. Razem wstąpiłyśmy 9.04 do Sióstr SDS. Ale zaufałam Panu i pomógł mi. Przejść to przykre doświadczenie. Można by jeszcze wiele przytoczyć zwłaszcza z okresu komunizmu, ale wspomnę o jednym jeszcze tylko przeżytym doświadczeniu. W drugim roku po profesji (1955) zmarła mi siostra, zostawiając niemowlę kilkugodzinne, którym zaopiekowali się moi rodzice. Pewnego dnia przyjeżdża do mnie szwagier, mąż zmarłej siostry z prośbą bym się poświęciła temu maleństwu twierdząc, że dla niego byłoby najlepiej, gdyby jego drugą mamą pozostała siostra zmarłej. Po dość długiej i trudnej rozmowie powiedziałam- nie! Nigdy nie zamienię Boskiego Oblubieńca na ziemskiego. Niech się ożeni, zapewne znajdzie dobrą żonę i matkę dla syna. Powyższe przykłady myślę były próbą Pana. Nie mówię o nich jako, o jakich wielkich i heroicznych wyczynach, ale na potwierdzenie tego, co wyżej powiedziałam (napisałam), że życie kapłańskie, czy zakonne, czy małżeńskie, czy samotne jest: „bojowaniem o Królestwo Boże i gwałtownicy je zdobywają”. Ale życie zakonne mimo wielu trudności jest piękne, jeśli jest przeniknięte Boża łaską, daje radość i pokój serca. Przy okazji chcę z pokorą powiedzieć, że nie byłam ideałem, bo wiele mi się rzeczy nie udało i wciąż doświadczam moich słabości i upadków. Nadzieją moją jest Miłosierny Bóg, któremu bezgranicznie ufam. Po solidnym przygotowaniu do pracy apostolskiej rozpoczęłam katechizację dzieci. Praca wśród dzieci, była wymarzonym przeze mnie zajęciem. Czułam się bardzo dobrze w tej pracy. Zawsze młoda. Współpraca z rodzicami, nauczycielami układała się dobrze. Nauczyciele, wychowawcy- katecheci cieszyli się dużym autorytetem. Gdy dziś słyszę trudnościach uczących, wprost nie chce się wierzyć. Tygodniowo miałam 30-36 godzin. Trzeba było sobie robić pomoce katechetyczne, bo katecheza wśród 5 i 6-latków bez obrazka (pomocy katechetycznej) to abstrakcja. Dzieci małe muszą widzieć to, o czym się im mówi. Prócz katechezy miałam prace we wspólnocie. Niejednokrotnie zarywało się noce. Ale zapał i energia młodości dodawały sił i skrzydeł. Chociaż od lat nie pracuję z dziećmi, często wracam pamięcią do pięknych lat pracy katechetycznej i bardzo dzieci kocham. Zawsze byłam i jestem szczęśliwa z wyboru. Nigdy nie żałowałam tego kroku. Gdybym dziś miała jeszcze raz decydować, z całą pewnością poszłabym do klasztoru. Dla mnie powołanie zakonne było i jest wielkim darem Bożym, niezasłużonej miłości, jest wyróżnieniem. Było zapewne wiele dziewcząt lepszych, godniejszych ode mnie, a Pan Jezus wybrał właśnie mnie. Chciał właśnie mnie mieć wyłącznie dla siebie, ułatwiając dostęp do źródła życia i łaski, przez codzienną Mszę św., rekolekcje, regularną spowiedź, Regułę, śluby zakonne, codzienny rachunek sumienia, przełożonych. Zdaję sobie sprawę z tego, że to wyróżnienie zobowiązuje do wiernej służby Chrystusowi. Pan liczy na to, że centrum w życiu osób zakonnych będzie zawsze On. On, miłosierny Chrystus będzie nas z wszystkich tych dobrodziejstw i łask rozliczał. Chwała Panu za dar powołania! Jeśli idzie o młode dziewczęta, w jaki sposób mają rozpoznać swoje powołanie, to trudno tu konkretnie i jednoznacznie coś powiedzieć. Pan Bóg powołuje na różne sposoby, niemal każdą osobę inaczej. Uważam, że jeśli dziewczynę interesuje życie zakonne, czuje w głębi serca ciche i delikatne wołanie: „ Pójdź za mną”, ale wątpi czy to On woła, lęka się, może i celowo zagłusza w sobie ten głos, niech modli się o światło Duch św. Niech pyta Pana Jezusa w częstej Komunii św., gdzie ją chce mieć. Radzę jednak, by nie radziła się żadnej przyjaciółki, koleżanki, bo to może utrudnić realizację pragnienia serca. Natomiast koniecznie powinna o tym rozmawiać ze swoim spowiednikiem. To przez niego Pan wskaże wole Bożą i pokieruje nią na właściwą drogę. Do tak delikatnej sprawy, jaką jest powołanie należy podchodzić poważnie i stanowczo, pytając siebie, czego chcę w życiu. Tu nie mam miejsca na kompromis. Kiedy już sprawa krystalizuje się, jest pewne, że Pan Bóg woła na drogę życia zakonnego trzeba poznawać konkretne zgromadzenie, jego charyzmat (w zależności od upodobania) i uzdolnienia np. do pielęgnacji chorych, do katechizacji dzieci, na misje zagraniczne czy inne, choć przełożeni nieraz nie kierują się żadnymi kryteriami, ale posyłają tam gdzie zachodzi potrzeba. Chciałam zwrócić uwagę na to, by do klasztoru nie wstępować na próbę (tzn. z taką intencją) bo nie ma kapłaństwa, ani małżeństwa na próbę, tak samo jak i życia zakonnego. I chociaż składa się śluby na jeden rok i przez 5 lat je odnawia ( w zależności od Konstytucji Zgromadzenia) to składam je z intencją na zawsze. Dziś obserwuje się często u młodych brak wytrwałości, załamują się, nie czekając, aż śluby wygasną, rezygnuje i odchodzi. Trzeba prosić Boga o siłę do przetrwania wszelkich trudności. Kto Jemu zaufa, nigdy się nie zawiedzie? Trzeba mieć zawsze na uwadze ostateczny koniec, w myśl łac. zasady: „cokolwiek czynisz, czyń dobrze i patrz końca”. A tym końcem ma być Cel mego wyboru, którym powinien być Chrystus Pan. Oczywiście wiele zależy od otoczenia, środowiska, od nas i naszego świadectwa życia i od modlitewnego wsparcia, by ziarno powołania, które w młodym kiełkuje, rozrastało się i wydało owoc. Pan Jezus powiedział: „Proście Pana żniwa, bo żniwo wielkie, a robotników mało”. Chociaż zapewne Pan myślał tu o kapłanach, ale w szerszym pojęciu możemy odnieść i do powołanych do zakonu, którzy wg św. Tereni „są w sercu Kościoła” Kochana młodzieży! Do boju o Królestwo Boże, z odwagą i wytrwale do celu. A wszelkie wahania, wątpliwości i trudności związane z podjętą decyzją „przerzućcie na Pana”, On sam zatroszczy się o Ciebie. Na koniec mego świadectwa chcę powiedzieć, że tak jak w Bożym ogrodzie światła są różne kwiaty, tak i wśród wybranych są różne dusze, bo Pan wybiera, kogo chce (nie koniecznie najgodniejszych) jak chce i kiedy chce. Są dusze piękne, kryształowe, ale są też niedoskonałe, wszystko idzie im jak po grudzie. Nie zrażać się tym, czynić, co w naszej mocy. U Pana liczy się intencja, wysiłek a nie sam sukces. Niech wszystkich szukających swego miejsca w świecie prowadzi do Zmartwychwstałego Chrystusa, Jego Najświętsza Matka.
s. Czesława SDS
Świadectwo s. Marii Pia

Moje życie - moje powołanie!...
Nie mam pięknej definicji powołania - mogę jedynie w zarysie przedstawić to jak Bóg przygotowywał mnie do powiedzenia Mu: "tak"... Jak delikatnym głosem mówił w moim sercu. Wszystkiego, bowiem nie da się opisać, co dzieje się w duszy... Pan Jezus od mego dzieciństwa ( jak pamiętam) prowadził mnie do swej bliskości. W dzieciństwie często rozmawiałam z Nim, śpiewałam z książeczki różne pieśni, jednak moją ulubioną była "Barka", a zwłaszcza mocno lgnęły do mego serca te słowa: "PAN KIEDYŚ STANĄŁ NAD BRZEGIEM". Chowałam się gdzieś daleko, żeby nikt nie słyszał jak je śpiewam. Rodziła się we mnie tęsknota miłości i do miłości - to była moja cicha tajemnica, o której nikt nie wiedział tylko On i ja...Czas mijał: dojrzewanie, pierwsza miłość, przyjaźnie, szkoła zawodowa (przygotowywałam się do zawodu fryzjerki). Pewnego dnia koleżanka przyniosła mi zaproszenie na rekolekcje do sióstr do Krakowa, postanowiłyśmy pojechać razem. To było moje pierwsze, tak szczególne, spotkanie z Jezusem. Siostra, którą poznałam mówiła nam o Nim, o Jego miłości do nas, o Jego oddaniu dla nas. Bardzo to przeżyłam. Mówiła nam jak z Nim rozmawiać, jak Go pytać, jak oddawać wszystko to czym jesteśmy, całe nasze życie z problemami, które niesie. Nie zapomnę tego do końca życia! Chciałam tam zostać i już nie wracać do domu. Myśl o Jezusie pochłonęła mnie całkowicie. Do sióstr jeździłam jeszcze przez dwa lata. Skończyłam szkolę i byłam pewna, że chcę być siostrą. Jednak przeznaczenie sprawiło, że nie wstąpiłam do tego zakonu gdzie jeździłam, natomiast wyjechałam do Francji, do sióstr Augustianek, które prowadziły tam szpital. Jako postulantka chodziłam do chorych. Tam bardzo mocno przeraziło mnie cierpienie ludzi umierających na raka. To nie był mój charyzmat, ani moje miejsce. Zrezygnowałam... Wróciłam do Polski, zaczęłam pracować, układać sobie życie. Zamknęłam etap powołania do życia zakonnego, wycięłam Boga z mego życia. Chciałam przed Nim uciec, jednak On był w głębi mego serca i nie pozwalał na ucieczkę. Czasem powracała do mnie tęsknota za życiem zakonnym, lecz zabijałam to pragnienie przypominając sobie przeczucie, które towarzyszyło mi we Francji. Tak czas biegł, torem, który sobie narzuciłam. Bóg jednak upomniał się o mnie poprzez osobę pewnego księdza, którego poznałam. Powiedział mi on, że już dawno powinnam być w klasztorze i służyć Panu... Zaskoczył mnie bardzo tymi słowami! On sam nie potrafił mi wyjaśnić, dlaczego tak powiedział i wtedy coś we mnie pękło. Zaczął się intensywny czas modlitwy. Dziękowałam i prosiłam o zgromadzenie...
Aż w końcu znalazłam!
Jestem już 6 lat w Zgromadzeniu Sióstr Salwatorianek. Odkryłam moje powołanie do służenia Panu jako siostra zakonna. Wiem to i upewniam się każdego dnia, kiedy rano wstaje i mówię Mu:   "Tak dla Ciebie Jezu - cała!" ...
s.  Maria Pia
Świadectwo 94 letniej s. Parmeny - najstarszej w naszym Zgromadzeniu
Jak wstąpiłam???
Trzeba zacząć od czegoś… jakiś korzeń wyciągnąć…Pochodzę z licznej rodziny, miałam 6 braci i 2 siostry. W mojej rodzinie najpierw rodzili się sami chłopcy. Mama nie mogła doczekać się córki. W końcu przyszłam na świat ja… Urodziłam się 6 września 1914r w Bielszowicach k. Rudy Śląskiej- to miasto słynęło z pracy w kopalniach i hutach. Na chrzcie św. otrzymałam imię Jadwiga. W 1917r. przeprowadziliśmy się do Żor. Mieliśmy kawałek pola i ogrodu. Tata był górnikiem i przyjeżdżał tylko na niedziele do domu.
Czy myślałam o zakonie?
Nie…Gdy wyszłam ze szkoły nie myślałam o niczym, nie miałam planów na przyszłość, bo moja mama była sparaliżowana. Wiedziałam jedno, że muszę być przy mamie. Zwłaszcza, że byłam najstarszą córką. Mamę zaczęły boleć nogi i ręce, miała niedowład prawej strony. Dlatego musiałam się nią zajmować, bo ona potrzebowała mojej pomocy… Potem nagle sąsiedzi zaczęli mówić, że pewnie pójdę do klasztoru. Nie rozumiałam, dlaczego tak mówią… W Kokoszycach był dom rekolekcyjny i pewnego dnia nasza przełożona ze sodalicji (młodzieży Maryjnej) wysłała nas na rekolekcje zamknięte dla dziewcząt. Wszyscy wokół mówili, że idę do klasztoru, moi rodzice w to uwierzyli, choć ja nie mówiłam o tym. W końcu sama zaczęłam myśleć o zakonie, miałam wtedy 21 lat. Tata się zgodził, powiedział, że to nic nie szkodzi, gdybym poszła, a mama bardzo płakała. Skoro wszyscy tak mówili pomyślałam zobaczymy, a może Pan Bóg mówi do mnie przez tych ludzi…Napisałam list do sióstr Bernardynek czy chciałyby mnie przyjąć. Odpowiedzi na list nie dostałam do tej pory! Gdy o moim pragnieniu dowiedziała się przełożona sodalicji powiedziała mi o siostrach salwatoriankach z Goczałkowic. Mój brat pożyczył konia i pojechaliśmy na wycieczkę do sióstr, aby wszystkiego się dowiedzieć. To był 1936r. o przyjęcie do klasztoru trzeba było rozmawiać z przełożoną s. Sabiną, której w tym czasie nie było. Rozmawiałam wtedy tylko z jej zastępczynią s. Bonfilią, która dała mi do niej adres. Gdy wróciłam do domu napisałam do niej. Aby wstąpić trzeba było mieć świadectwo lekarskie, świadectwo od proboszcza i swój życiorys, które to dokumenty przesłałam. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź z Goczałkowic: „Prosimy o rychłe przybycie!”. Przybyłam 7 października 1936 roku, rodzice mnie odwieźli pożyczoną od sąsiada bryczką. Pierwsza robota… pamiętam tarłam ziemniaki na placki kartoflane. Pierwsze tygodnie spędziłam w Goczałkowicach i często patrzyłam w stronę moich rodzinnych Żor… Jakiś okres czasu troszkę tęskniłam za rodziną. Wtedy jeszcze odmawiało się brewiarz po łacinie. Uczyłam się najpierw czytać tą łacinę…Niegdyś Siostry chodziły po ludziach żebrać, bo brakowało na jedzenie i utrzymanie… pamiętam jak trudno było się przełamać i prosić. To były trudne czasy dla nas… Było nas 5 kandydatek, po roku Prowincja wysłała nas do nowicjatu do Wiednia. Język niemiecki znałam, bo mieszkaliśmy na Śląsku pod zaborem niemieckim i chodziłam do niemieckiej podstawówki. W Austrii pracowałyśmy w dużym szpitalu i sprzątałyśmy. Ja bardzo dobrze się tam czułam. W 1942 r. wróciłam do Polski, wkrótce po moim powrocie wojsko zajęło dom i chciano nas stamtąd usunąć. Przełożona napisała do swojego brata do Berlina, żeby nam pomógł. W końcu mogłyśmy zostać, ale musiałyśmy pracować dla wojska. Zgodziłyśmy się na to, żeby uratować dom... To był ciężki krzyż dla nas. Wyczerpująca praca i znoszenie obecności wojska, które traktowało nas jak służbę... Byłyśmy pod ciągłą obserwacją. Ale wszystko to minęło… Jak Bóg daje trudności to daje też oświecenie. Trzeba Go prosić, by kierował moimi myślami i czynami. Trzeba mieć nabożeństwo do Duch św. Ja ciągle pamiętam dzień mojego bierzmowania…Potem pracowałam przez wiele lat, póki sił nie brakło… nigdy nie żałowałam mojego wyboru. Często myślę sobie czy się mają ludzie w świecie tak dobrze jak my się mamy? Co myślę o powołaniu zakonnym patrząc wstecz? Dla mnie śluby zakonne oznaczały zostać Oblubienicą Boga. Powołanie trzeba sobie cenić i szanować. Powołanie to jest wybraństwo, coś wyjątkowego… Młodym dziewczynom, które wstępują do Zgromadzenia mówię, aby się nie oglądały wstecz, gdy raz wybrały, trzeba być wiernym! Od czasu wstąpienia w klasztorze jest mi dobrze…Jestem najstarsza w Zgromadzeniu i Siostry często pytają jak się czuję. Ja zawsze odpowiadam: „Czuję się jak ptaszek w powietrzu, albo rybka we wodzie” Nigdy nie żałowałam swojej decyzji, ani nie pomyślałam, że mogłoby być inaczej, pieczątka przyłożona! Za powołanie naprawdę trzeba dziękować… „Te Deum” śpiewam każdego dnia.
Bogu dziękuję za dar życia i łaskę powołania!
s. Parmena
Świadectwo s. Racheli

Moje świadectwo… droga mojego powołania, tajemnica mojego życia…
Gdy cofam się pamięcią kilka lat wstecz, wciąż zaskakuje mnie moja decyzja wstąpienia do Zgromadzenia. Zachwyca mnie tajemnica splotów wydarzeń, sytuacji, spotkań nieprzypadkowych. Urzeka mnie to Boże wezwanie, powołanie zdawałoby się nielogiczne, niemożliwe… Otóż pochodzę z rodziny, w której nie ma głębokich tradycji, ani praktyk religijnych. Mój tata jest człowiekiem niewierzącym, a mnie nigdy nie zmuszano do coniedzielnego uczestnictwa we Mszy św. Swoboda praktyk religijnych rzutowała na mojej wierze. Kościół był mi obojętny, a Bóg wydawał się odległą mrzonką… Gdzieś jednak wgłębi serca pojawiała się pustka i tęsknota za szczęściem, którego nie potrafiłam wyjaśnić… Jestem jedynaczką, rodzice chcieli dać mi wszystko, byłam zawsze otoczona ich miłością. A jednak, czegoś mi brakowało
Posiadając „wszystko” poszukiwałam sensu, prawdy, czegoś najważniejszego…
Uczyłam się całkiem dobrze. Pokochałam teatr, zapisałam się do koła teatralnego, a moje występy sceniczne kończyły się sukcesem i dawały wiele satysfakcji. Chciałam zostać aktorką, albo dziennikarką. Planów i pięknych wizji na przyszłość nie brakowało… W pewnym momencie mojego życia koleżanka zaproponowała mi spotkania oazowe, pomyślałam, że może warto zobaczyć, na czym to polega… Zaczęłam chodzić systematycznie do Kościoła, odkrywać i poznawać Boga. Aż w końcu zaczęłam wierzyć… Naprawdę pokochałam Boga i czułam się szczęśliwa jak nigdy przedtem. Zbliżała się matura, wyjechałam na rekolekcje i jakieś dziwne, niewyjaśnione uczucie zaczęło mi towarzyszyć... Poznałam siostry zakonne i zafascynowałam się ich życiem, powołaniem… i od tego momentu wracała myśl, że tam jest moje miejsce…że Bóg powołuje mnie do życia zakonnego. Bałam się bardzo podjęcia takiej decyzji. Pomyślałam, że może to tylko chwilowe, może to pomyłka…
Ja i zakon? A co by na to powiedzieli rodzice? Ale mijały miesiące, a ta myśl natarczywa, nie dawała mi spokoju. Nie mogłam dłużej uciekać przed prawdą… Bóg wyraźnie dawał mi odczuć, że mnie powołuje. Nie wiem skąd tyle było we mnie wtedy determinacji i odwagi. Gdy dowiedziała się moja rodzina „rozpętała się burza”. Wszyscy zaczęli protestować, mama płakała, tata zaczął mi dogryzać i wymyślał na Kościół i siostry miliony anegdot, zaczęły się telefony „rodzinne”, żebym to przemyślała, bo zakon mnie zniszczy… Wszyscy wokół wymyślali tysiące argumentów i powodów: „jesteś zbyt zdolna, skończ najpierw studia, w zakonie się nie rozwiniesz, będziesz ciężko pracować, wykorzystają cię, w świecie też możesz służyć pomagać, nie musisz się zamykać…itp.” Niektórzy pocieszali moich rodziców mówiąc, że na pewno mnie szybko stamtąd wyrzucą, bo nie potrafię gotować, ani pracować (w domu wszystkim zajmowała się mama) a tam tylko to się robi,…ale ja byłam pewna swojej decyzji, odkryłam powołanie mojego życia i ta myśl dodawała mi sił… pragnienie było silniejsze od lęków. Po maturze ku załamaniu moich bliskich nie zdawałam na studia. Decyzja w moim sercu była podjęta, a Bóg umacniał mnie i mnożył łaskę wiary. Ale droga do Boga i powołanie zakonne bardzo często musi być poddane próbie. Tak też było w moim przypadku. Moja mama zaczęła bardzo mocno przeżywać moją decyzję. Wpadła w tak ciężki stan załamania, że nie mogłam jej tak zostawić. Umówiłyśmy się, że spróbuję studiować przez rok, a potem, jeśli będę dalej upierała się przy swojej decyzji zrobię jak zechcę. Moje plany, oczekiwania, nadzieje zostały zawiedzione. Pan Bóg poddał moje powołanie próbie. Pamiętam, że nie rozumiałam, dlaczego Bóg mi nie pomaga? Pytałam Go, dlaczego nie pozwala mi iść do zakonu i każe czekać, skoro już dał mi doświadczyć łaski odkrycia powołania? Pojawiła się wątpliwość-czyżbym się myliła? Co mam robić, gdzie jest moje miejsce? Odczuwałam wielki smutek, że nie mogę być w zakonie. To był trudny czas. Poszłam na studia zaoczne, skończył się semestr, a ja byłam niezmienna w swojej decyzji. Rodzina zaczęła prosić bym zdawała na dzienne studia, ale ja czułam, że nie chcę, nie mogę czekać dłużej. Rozważałam wszystkie za i przeciw, pojechałam na dni skupienia do Goczałkowic, by jeszcze przemodlić tę decyzję. Tam też pytałam Boga jak postąpić. I odpowiedział tą ogromną mocą i łaską doświadczenia Jego Miłości, która była silniejsza od wszystkich obaw, pytań, przywiązań. Wstąpiłam… mama przyjęła tą decyzję spokojniej niż wcześniej. Tym razem już mnie nie zatrzymywano: „jesteś dorosła poszukaj swojego szczęścia” usłyszałam. To były najpiękniejsze słowa zaufania i prawdziwej rodzicielskiej Miłości, która patrzy bardziej na dobro dziecka, niż na swoje…
To był największy dar od Boga jaki mogłam w tym czasie otrzymać. Zgoda mojej mamy. Czas pokazał, że ani moja niepraktyczność i nieumiejętność gotowania, ani egoizm jedynactwa, ani żadne inne próby nie były silniejsze od łaski powołania i Miłości Boga do nędznego stworzenia… Z czasem, gdy rodzina zaczęła mnie odwiedzać zmieniały się poglądy, stereotypy, nastawienia… Wielu dziwiło, że życie zakonne jest takie zwyczajne i normalne, że siostry są takie radosne i że panuje tu naprawdę rodzinna atmosfera. Zaczęli nawet gratulować podjętej decyzji… Patrząc wstecz dostrzegam łaskę działania Boga i nieraz myślę sobie, że rzeczywiście wybiera On to co słabe i niemocne na swoje narzędzie… Bóg nieraz dokonuje nielogicznych wyborów, by pokazać jak wielkie jest Jego działanie. Niedawno złożyłam śluby zakonne i czuję się szczęśliwą salwatorianką, nie żałuję decyzji, ani dni, ani lat tu spędzonych. Bogu dziękuję za siły i odwagę do podjęcia walki o powołanie, za trwanie, bycie i szczęście, jakiego doświadczam tutaj w tym salwatoriańskim Zgromadzeniu…
s. Rachela
Świadectwo s. Władysławy

Kiedyś, gdy ktoś się decydował pójść do kapłaństwa czy zakonu
to bez warunków, na śmierć i życie…
Pochodzę z wioski pod Krakowem (Czernichów) z rodziny 5-osobowej: rodzice, 2 siostry i brat (który już zmarł). Do Zgromadzenia SDS wstąpiłam 1.X. 1952 roku w Goczałkowicach. O życiu zakonnym myślałam już od 17 roku życia. Podczas okupacji (1939-45) nie było możliwości ukończenia nawet szkoły podstawowej, bo całe 5 lat dzieci polskie się nie uczyły. Do szkoły chodziły tylko te dzieci, których rodzice podpisali, tzw. „volkslistę”, a skończenie szkoły było warunkiem przyjęcia do klasztoru. Całą okupację pracowałam jako służąca pewnej rodziny w Krakowie, w tym czasie udało mi się skończyć kurs szycia. Moim pragnieniem było służyć w klasztorze, skoro siostrą zakonną być nie mogę. A że umiałam szyć, to liczyłam na to, że mogę tym służyć siostrom. Czytałam w tym czasie o Anieli Salawie i jej sposób życia mi odpowiadał. W roku 1947 mój brat Franciszek wstąpił do księży Salwatorianów. Odwiedzając go w Mikołowie zatęskniłam za siostrami salwatoriankami, które tam pracowały. To był mój pierwszy kontakt z nimi i okazja, by prosić o przyjęcie mnie na służbę. Tymczasem otrzymałam przyjęcie na siostrę zakonną. Przez 5 lat codziennie modliłam się za brata, aby został dobrym kapłanem, wiernym Bogu do śmierci. Ta intencja stała się dla mnie centralną i mobilizującą mnie do tego, by ofiarować wszystko w życiu za brata. Często sobie powtarzałam, że choćby mnie nie wiem ile kosztowało życie zakonne, ile cierpień, wyrzeczeń nie cofnę nigdy swojej decyzji. Pierwszą jakby próbę przeżyłam w nowicjacie. Były to czasy ciężkie-komunizm. Komuniści prześladowali Kościół tak, więc i zakony. W 1954 r. zaczęto wywozić siostry na Śląsku z ich domów komasując w wybranych miejscach (choćby kołchoz) np. w Staniątkach, Wieliczce i innych. Moje współsiostry liczyły się z tym, że pewnej nocy (bo było to wykonywane nocą) przyjadą pod klasztor wozy, załadują siostry i wywiozą. Przełożona Prowincjalna przedstawiła nam nowicjuszkom (było nas 4) całą sytuacje w kraju i powiedziała: „ponieważ nie jesteście związane ślubami możecie wrócić do swoich rodzin, bo jutro jest niepewne”. Wtedy wszystkie powiedziałyśmy, że do domów wrócić nie chcemy. Jeśli siostry wywiozą to pójdziemy z nimi dzieląc ich los, dla Pana Jezusa jesteśmy gotowe na wszystko. Bogu dzięki do wywózki nie doszło, bo nadeszła „odwilż”, ale prześladowanie trwało. Rozwiązano małe seminaria, pozabierano kościołowi nieruchomości (domy, przedszkola, szkoły, szpitale), pozwalniano siostry pielęgniarki, katechetki z pracy, usunięto krzyże w szkołach, szpitalach, przesłuchiwano księży pod różnym pretekstem, zamykano ich, m.in. zamknięto biskupów katowickich, ks. Prymasa Wyszyńskiego. Byłoby tu dużo do opowiedzenia… Byłam zawsze i jestem szczęśliwa ze swego wyboru, nigdy nie żałowałam i gdybym jeszcze raz decydowała, bez wątpienia poszłabym do klasztoru. Codziennie Bogu dziękuję za powołanie, a zarazem proszę, bym jak najlepiej Mu służyła do śmierci. Dla mnie powołanie zakonne jest po chrzcie św. największą łaską, jaka mnie Bóg obdarował, jest wyróżnieniem spośród tysięcy dziewcząt lepszych i godniejszych ode mnie. Jest wielkim zaufaniem Boga wobec mnie, a równocześnie zobowiązaniem- żyć tak, by Go nigdy świadomie nie zasmucić, ani zawieźć, ale pomagać Mu zbawiać innych. Co do młodych dziewcząt odnośnie rozeznania powołania, to trudno tu coś powiedzieć, czy podsuwać, bo Pan Bóg się zwykle nie powtarza, ale do każdego człowieka podchodzi indywidualnie. Wydaje mi się, że jeśli dziewczyna czuje zainteresowanie życiem zakonnym, lub odczuwa wewnątrz ciche pragnienie(głos sumienia) poznania życia zakonnego, radzę niech dużo żarliwie się modli o światło Boże, by poznała, co Pan Bóg chce od niej. Niech prosi Matkę Najświętszą, by jej towarzyszyła w tym poszukiwaniu. Niech przy tym często jednoczy się z Jezusem w Komunii św. Dobrze jest porozmawiać o tym z dobrym i mądrym spowiednikiem, by pokierował ją na tej drodze. Gdy sprawa się pogłębia, wyklaruje, niech zainteresuje się zgromadzeniami, niech pozna ich charyzmat i w zależności od tego, co chciałaby robić, jakie ma uzdolnienia i do czego, wybrać jedno i podjąć decyzję. Trzeba mieć przed sobą zawsze ostateczny koniec. Z Bogiem trzeba postępować poważnie i nigdy na próbę. Po okresie próby (postulat i nowicjat) wybór albo powrót do świata, albo śluby i choć według prawa kanonicznego składa się śluby na rok, to z intencją na zawsze. Jeśli Bóg dał łaskę powołania to jestem za to odpowiedzialna. Gdy zmarnuję tę łaskę, odpowiem za to kiedyś przed Bogiem. Powiem jeszcze, że różnica w zakonach kiedyś, a dziś, jest tak duża jak między dniem i nocą. Kiedyś nie było tyle wahań i rezygnacji nie tylko po ślubach czasowych, ale i wieczystych. Wymogi były większe i dyscyplina większa. Dziś młodzież jest bardzo słaba, nie tylko fizycznie, ale i duchowo. Szybko się do czegoś zapala, ale równie szybko ten zapał gaśnie. Kiedyś gdy ktoś się decydował pójść do kapłaństwa czy zakonu to bez warunków, na śmierć i życie...

s. Władysława
© 2009 kowalski-projekt